Miesięczne archiwum: Wrzesień 2016

Ministerstwo Głupich Kroków czyli 60 minut stanu przejściowego

Podobno ból to stan przejściowy. Brzmi optymistycznie, ale wszystko zależy od jego natężenia i czasu trwania. Byłem przygotowany na ból…i się nie zawiodłem, choć momentami mój optymizm znikał za zakrętem.

Po wiosennym maratonie nie planowałem powtórki jesienią, ale okoliczności rodzinne pchnęły mnie w objęcia królewskiego dystansu. Musiałem pobiec a jednocześnie ten start był rodzajem eksperymentu – z pełną świadomością nie przekroczyłem na treningu 26 km, ale za to w ramach przygotowań pobiegłem w odstępach dwutygodniowych trzy półmaratony…i wszystko byłoby pięknie gdyby nie wirus, który dopadł mnie zaraz po Półmaratonie Praskim czyli cztery tygodnie przed Maratonem Warszawskim. Cholerstwo było chyba nieźle zmutowane ponieważ trzymało mnie praktycznie do samego startu. Nie lubię jednak zmieniać planów i korzystając z faktu, że nie mam trenera (i w związku z tym nie ma mnie kto zatrzymać) wystartowałem. Moim celem nieco zmodyfikowanym przez wirusa był wynik poniżej 3 godzin. To oznaczało tempo lekko poniżej 4’15”/km. Plan był prosty – na pierwszych 25 bardzo szybkich kilometrach zgromadzić jak największy zapas a następnie jak najmniej tracić.

Od startu biegnie mi się jednak ciężko…na żołądku. Na 17tym km zatrzymuję się na minutę w jednoosobowym niebieskim domku. Połówkę mijam w czasie lekko poniżej 1:25 i wiem, że wynik poniżej 2:50 mogę sobie włożyć…lepiej zmieńmy temat. Problem polega również na tym, że nie mogę nic jeść i pić oprócz małych ilości wody. W związku z tym nie biorę żeli, bo i po co, od Taty i Ani, którzy jak zwykle niezawodnie czekają na mnie na 23 i 33 kilometrze.

Bardzo wcześnie bo już koło 25 km wchodzę stan przejściowy tzn. boli mnie każda komórka ciała i jedyna rzecz o której marzę to przytulić się do asfaltu. Mój sposób poruszania zbyt wcześnie zaczyna przypominać cyrk Monty Pythona. Powinienem obejrzeć skecz o Ministerstwie Głupich Kroków przed startem, ale teraz jest już za późno. Cierpię i nie ma to nic wspólnego z uszlachetnieniem. Jestem w dziwnym stanie – zaczynam odtwarzać sytuacje z dzieciństwa i młodości związane z miejscami, które mijam. Spacery z synem Igorem po Zoo. Licealne, zimowe treningi na Międzyparkowej (tylko tam był czarny asfalt nawet gdy wszędzie było mnóstwo śniegu). Spacery w wózku z dziś 24-letnim Jankiem –synem siostry Agnieszki na Gwiaździstej.

„Budzę się” na Wybrzeżu Gdyńskim. W oddali widzę charakterystyczną sylwetkę „Słonika” świetnego biegacza amatora na dystansach 5km – półmaraton. Maraton może nie jest jego specjalnością, ale wiem, że ten dystans również biega solidnie. Rozpoczynam pogoń.

I znów: Kępa Potocka – szkolne przełaje, Centrum Olimpijskie – bezproduktywne godziny na zarządach PKOL, Spójnia – …w budynku, którego już nie ma (kilku kierowców go nie zauważyło, ja dzisiaj pewnie miałbym to samo) kupowałem po treningach tenisa herbatniki i oranżadę, podbieg pod Bramę Straceń– tu robiłem pierwsze treningi siły chodowej. Patrzę na swoje nogi – uff jeszcze biegnę… i zaczynam błyskawicznie zbliżać się do słabnącego „Słonika”, którego mijam po dobrym finiszu.

Jestem na mecie.

Jestem szczęśliwy.

2:54:32.

Ministerstwo Głupich Kroków czyli 60 minut stanu przejściowego

Podobno ból to stan przejściowy. Brzmi optymistycznie, ale wszystko zależy od jego natężenia i czasu trwania. Byłem przygotowany na ból…i się nie zawiodłem, choć momentami mój optymizm znikał za zakrętem.

Po wiosennym maratonie nie planowałem powtórki jesienią, ale okoliczności rodzinne pchnęły mnie w objęcia królewskiego dystansu. Musiałem pobiec a jednocześnie ten start był rodzajem eksperymentu – z pełną świadomością nie przekroczyłem na treningu 26 km, ale za to w ramach przygotowań pobiegłem w odstępach dwutygodniowych trzy półmaratony…i wszystko byłoby pięknie gdyby nie wirus, który dopadł mnie zaraz po Półmaratonie Praskim czyli cztery tygodnie przed Maratonem Warszawskim. Cholerstwo było chyba nieźle zmutowane ponieważ trzymało mnie praktycznie do samego startu. Nie lubię jednak zmieniać planów i korzystając z faktu, że nie mam trenera (i w związku z tym nie ma mnie kto zatrzymać) wystartowałem. Moim celem nieco zmodyfikowanym przez wirusa był wynik poniżej 3 godzin. To oznaczało tempo lekko poniżej 4’15”/km. Plan był prosty – na pierwszych 25 bardzo szybkich kilometrach zgromadzić jak największy zapas a następnie jak najmniej tracić.

Od startu biegnie mi się jednak ciężko…na żołądku. Na 17tym km zatrzymuję się na minutę w jednoosobowym niebieskim domku. Połówkę mijam w czasie lekko poniżej 1:25 i wiem, że wynik poniżej 2:50 mogę sobie włożyć…lepiej zmieńmy temat. Problem polega również na tym, że nie mogę nic jeść i pić oprócz małych ilości wody. W związku z tym nie biorę żeli, bo i po co, od Taty i Ani, którzy jak zwykle niezawodnie czekają na mnie na 23 i 33 kilometrze. Bardzo wcześnie bo już koło 25 km wchodzę stan przejściowy tzn. boli mnie każda komórka ciała i jedyna rzecz o której marzę to przytulić się do asfaltu. Mój sposób poruszania zbyt wcześnie zaczyna przypominać cyrk Monty Pythona. Powinienem obejrzeć skecz o Ministerstwie Głupich Kroków przed startem, ale teraz jest już za późno. Cierpię i nie ma to nic wspólnego z uszlachetnieniem. Jestem w dziwnym stanie – zaczynam odtwarzać sytuacje z dzieciństwa i młodości związane z miejscami, które mijam. Spacery z synem Igorem po Zoo. Licealne, zimowe treningi na Międzyparkowej (tylko tam był czarny asfalt nawet gdy wszędzie było mnóstwo śniegu). Spacery w wózku z dziś 24-letnim Jankiem –synem siostry Agnieszki na Gwiaździstej.

„Budzę się” na Wybrzeżu Gdyńskim. W oddali widzę charakterystyczną sylwetkę „Słonika” świetnego biegacza amatora na dystansach 5km – półmaraton. Maraton może nie jest jego specjalnością, ale wiem, że ten dystans również biega solidnie. Rozpoczynam pogoń.

I znów: Kępa Potocka – szkolne przełaje, Centrum Olimpijskie – bezproduktywne godziny na zarządach PKOL, Spójnia – …w budynku, którego już nie ma (kilku kierowców go nie zauważyło, ja dzisiaj pewnie miałbym to samo) kupowałem po treningach tenisa herbatniki i oranżadę, podbieg pod Bramę Straceń– tu robiłem pierwsze treningi siły chodowej. Patrzę na swoje nogi – uff jeszcze biegnę… i zaczynam błyskawicznie zbliżać się do słabnącego „Słonika”, którego mijam po dobrym finiszu.

Jestem na mecie.

Jestem szczęśliwy.

2:54:32.