Ministerstwo Głupich Kroków czyli 60 minut stanu przejściowego

Podobno ból to stan przejściowy. Brzmi optymistycznie, ale wszystko zależy od jego natężenia i czasu trwania. Byłem przygotowany na ból…i się nie zawiodłem, choć momentami mój optymizm znikał za zakrętem.

Po wiosennym maratonie nie planowałem powtórki jesienią, ale okoliczności rodzinne pchnęły mnie w objęcia królewskiego dystansu. Musiałem pobiec a jednocześnie ten start był rodzajem eksperymentu – z pełną świadomością nie przekroczyłem na treningu 26 km, ale za to w ramach przygotowań pobiegłem w odstępach dwutygodniowych trzy półmaratony…i wszystko byłoby pięknie gdyby nie wirus, który dopadł mnie zaraz po Półmaratonie Praskim czyli cztery tygodnie przed Maratonem Warszawskim. Cholerstwo było chyba nieźle zmutowane ponieważ trzymało mnie praktycznie do samego startu. Nie lubię jednak zmieniać planów i korzystając z faktu, że nie mam trenera (i w związku z tym nie ma mnie kto zatrzymać) wystartowałem. Moim celem nieco zmodyfikowanym przez wirusa był wynik poniżej 3 godzin. To oznaczało tempo lekko poniżej 4’15”/km. Plan był prosty – na pierwszych 25 bardzo szybkich kilometrach zgromadzić jak największy zapas a następnie jak najmniej tracić.

Od startu biegnie mi się jednak ciężko…na żołądku. Na 17tym km zatrzymuję się na minutę w jednoosobowym niebieskim domku. Połówkę mijam w czasie lekko poniżej 1:25 i wiem, że wynik poniżej 2:50 mogę sobie włożyć…lepiej zmieńmy temat. Problem polega również na tym, że nie mogę nic jeść i pić oprócz małych ilości wody. W związku z tym nie biorę żeli, bo i po co, od Taty i Ani, którzy jak zwykle niezawodnie czekają na mnie na 23 i 33 kilometrze.

Bardzo wcześnie bo już koło 25 km wchodzę stan przejściowy tzn. boli mnie każda komórka ciała i jedyna rzecz o której marzę to przytulić się do asfaltu. Mój sposób poruszania zbyt wcześnie zaczyna przypominać cyrk Monty Pythona. Powinienem obejrzeć skecz o Ministerstwie Głupich Kroków przed startem, ale teraz jest już za późno. Cierpię i nie ma to nic wspólnego z uszlachetnieniem. Jestem w dziwnym stanie – zaczynam odtwarzać sytuacje z dzieciństwa i młodości związane z miejscami, które mijam. Spacery z synem Igorem po Zoo. Licealne, zimowe treningi na Międzyparkowej (tylko tam był czarny asfalt nawet gdy wszędzie było mnóstwo śniegu). Spacery w wózku z dziś 24-letnim Jankiem –synem siostry Agnieszki na Gwiaździstej.

„Budzę się” na Wybrzeżu Gdyńskim. W oddali widzę charakterystyczną sylwetkę „Słonika” świetnego biegacza amatora na dystansach 5km – półmaraton. Maraton może nie jest jego specjalnością, ale wiem, że ten dystans również biega solidnie. Rozpoczynam pogoń.

I znów: Kępa Potocka – szkolne przełaje, Centrum Olimpijskie – bezproduktywne godziny na zarządach PKOL, Spójnia – …w budynku, którego już nie ma (kilku kierowców go nie zauważyło, ja dzisiaj pewnie miałbym to samo) kupowałem po treningach tenisa herbatniki i oranżadę, podbieg pod Bramę Straceń– tu robiłem pierwsze treningi siły chodowej. Patrzę na swoje nogi – uff jeszcze biegnę… i zaczynam błyskawicznie zbliżać się do słabnącego „Słonika”, którego mijam po dobrym finiszu.

Jestem na mecie.

Jestem szczęśliwy.

2:54:32.

Falenica i Wesołe Biegi Górskie…czyli zima w mieście warszawskich biegaczy

Falenica i Wesołe Biegi Górskie to anglosaskie biegi górskie, a to niezwykle efektywny środek treningowy w okresie zimowym dla biegaczy.

Dlatego Lipec Running Team w składzie: Ania, Tomik, Piotrek, Leszek oraz Trener Beztlen  zameldowali się już 2 stycznia na starcie Warszawskich Biegów Górskich w podwarszawskiej Falenicy. Ekstremalny mróz –10 stopni C nie był w stanie nas zatrzymać. Tomik, Piotrek i Leszek zdecydowanie poprawili swoje życiówki na 10-kilometrowej, twardej i szybkiej trasie z przewyższeniem 255m. Ani do życiówki zabrakło kilkadziesiąt sekund, ale za to pobiegła ponad 4 minuty szybciej niż podczas pierwszej edycji w ubiegłym roku…życiówka to tylko kwestia czasu.

Ja z czasem 36’57’’ zająłem VI miejsce open z nowym rekordem trasy w kategorii M45.

Tydzień później Wesołe Biegi Górskie, czyli „radosny przerywnik” między Falenicami. Leszek – życiówka, mnie udało się wygrać.tomek_www_wesole_1 tomek_www_wesole_2

Od Biegu Niepodległości do Zimowych Biegów Górskich

Tradycyjnie Bieg Niepodległości w Warszawie był dla moich zawodników i dla mnie ostatnim startem w sezonie. Dla Ani, Ewy oraz Bartka bieg był sposobem na uczczenie narodowego święta a przy okazji solidnym treningiem w towarzystwie blisko 13 tysięcy biegaczy. Jedynie Zbyszek postanowił powalczyć o życiówkę a ja postanowiłem mu w tym pomóc. Atak w pełni się powiódł, mimo bardzo silnego, przeszkadzającego wiatru w drugiej części dystansu. Wynik 41:20 to nowy rekordy życiowy Zbyszka o ponad minutę lepszy od poprzedniego. Brawo Zbyszek!

Sezon się skończył, ale my już myślimy o następnym. Po okresie roztrenowania już na początku nowego roku planujemy pierwsze starty tym razem w Falenicy pod Warszawą, gdzie 2 stycznia odbędzie się pierwsza edycja kultowych zawodów – Zimowych Biegów Górskich. Dla siedmiu zawodnikow Lipiec Running Team – Ani, Ewy, Bartka, Tomka, Zbyszka i Piotrka udział w tym cyklu będzie sposobem na kształtowanie siły biegowej czyli najważniejszego obok wytrzymałości tlenowej elementu zimowego treningu.

Do zobaczenia w Falenicy!